Śmieszy mnie kiedy kierowcy wyprzedzają mnie i zjeżdżają do krawędzi jezdni żebym nie mógł ich wyprzedzić. Czy oni nie zdają sobie sprawy, że robiąc tak zostawiają z drugiej strony często ponad metr miejsca? :)
Jadąc do pracy spotkałem na światłach Łukasza (ziele), a wczoraj z pracy całą drogę wracałem z Adamem.
Masakra, niby czuję się bardzo dobrze, ale kolejna noc po 11h spania i nie mogę wstać myśląc tylko żeby zostać w łóżku :) Po następnym długim wypadzie rezerwuje sobie cały dzień na spanie. O basenie nawet nie myślę. Do pracy znowu najkrótszą trasą.
Wstałem dzisiaj o 9 i to ledwo, najchętniej w łóżku cały dzień bym przeleżał :D Ale ja już tak mam, w weekend jest ostro, a w tygodniu w pracy przed komputerem odpoczywa się ;)
Rano jeszcze padał deszcz, kiedy wyszliśmy było po wszystkim, nie zostało dużo czasu, coś zjedliśmy, chwila na plaży i do PKP. TLK i rowery to zawsze były pomyłka, tym razem nic innego. 6.5h w męczarniach, było to cięższe niż 20h rowerem nad morze ;)
Sam pomysł istniał odkąd jeżdżę na szosie, a ewoluował od 4 dniowej wyprawy :) Żeby doszedł do skutku musiało być spełnionych kilka warunków. Ciepło, krótka noc i pomyślny wiatr. Planowany na weekend był Pradziad, ale widzą idealne warunki nie mogłem nie spróbować. Kilka osób wyrażało zainteresowaniem takim wyjazdem, ale nastawiałem się na samotną jazdę.
W piątek pobudka o 6 i do pracy, potem w domu przygotowania, a koło 20 Krzysiek daje znać, że jedzie :)
Zapakowałem z 5kg bagażu na bagażnik i o godzinie 00:05 w sobotę wyruszyliśmy spod mojego mieszkania.
Uzbrojeni w czołówki (podziękowania dla Ryśka i Piotrka za sprzęt) przejechaliśmy całe miasto jadąc dk94 na Lubin. W nocy prawie zerowy ruch, a droga w idealnym stanie. Od początku zdecydowaliśmy się jechać na 5km zmianach. Jazda szła bardzo sprawnie. Za Lubinem po 102km robimy postój, sprawdzam a tam średnia 30.7km/h. Nie spodziewałem się takiego wyniku na nocnej jeździe. Postój kończymy po 25 minutach, ale dodatkowo się ubieramy bo jest zimno (13 stopni).
Jakoś po czwartej rano udaje mi się uchwycić wschód słońca. Jedziemy już dk3 na północ.
W Nowej Soli stajemy schować oświetlenie, ale jeszcze ani myślimy rozbierać się. Niestety trójka przed Zieloną Górą zmienia się w S3 z zakazem dla rowerów dlatego jesteśmy zmuszeni objechać ten kawałek wioskami dokładając ponad 10km, na szczęście droga jest pusta, a asfalt bardzo dobry.
O 7 jesteśmy na 195km w Sulechowie. Robimy tu drugi postój, brak snu od 25 godzin daje o sobie znać. Szybkie zakupy, mrożona kawa i kładziemy się na parkingu Lidla. Ludzie dziwnie się na nas patrzą, jedna osoba podeszła zapytać się czy wszystko jest ok :) Podnosimy się, a tu okazuje się, że minęło 1.5h O.o
Zrobiło się już ciepło i można było zrzucić ciuchy, mój bagaż stawał się co raz cięższy, Krzysiek spróbował podnieść rower to jak zrobił rwanie podniosło się tylko przednie koło :D Dla sakwiarza taka waga to pikuś, dla szosowca to zwiększenia jej o prawie 100%. W końcu też pojawił się zapowiadany tylny wiatr. Do tej pory panowała idealna cisza.
Po drodze wypatrujemy ciekawy posąg, nie ma czasu na zwiedzanie dlatego tylko fotka z daleka. Przed Skwierzyną mijamy auta stojące w korku... przez dwie pełne zmiany czyli jakieś 10km, a wszystko czeka do... ronda w mieście, jeszcze czegoś takiego nie widziałem :D W każdym razie raz z lewej, raz z prawej wszystko wyprzedzamy, wtedy osiągam też Vmax wyjazdu.
Na 281km, w Gorzowie Wielkopolskim robimy 3 postój, znowu rozbijamy obóz na parkingu Lidla, znowu wypijam mrożoną kawę (x2) i znowu mija nam tam ponad godzina!
Ruszamy i niespodzianka, za miastem jest od razu S3 po której nie możemy jechać. Na szczęście okazuje się, że wzdłuż nie biegnie stara trójka z idealnym asfaltem, szerokim poboczem i minimalnym ruchem! Jedziemy tak aż do rogatek Szczecin mijając pierwszego szosowca dzisiaj.
W międzyczasie na 340km trafiamy na... Lidla i ponownie uzupełniamy płyny bo przez temperaturę bidony szybko wysychają. Mogło to mieć też związek z tym, że tempo poszło w górę ;)
Za Szczecinem musimy jechać przez wioski, trochę bawię się nawigacją. Na 400km w Goleniowie robimy piąty postój przy sklepiku. Zaczyna też padać deszcz więc decydujemy się szybko ruszać dalej. Za miastem S3 zmienia się w 3 minus 'S' i od razu przyśpieszamy. Wyprzedza nas traktor, na którego koła szybko wskakujemy.
Jedziemy tak przez 17km, średnio 40km/h. Niestety po 10km wjeżdżamy w obszar po wielkiej ulewie... tak, spod kół woda leci jak z prysznica. Szybka wymiana spojrzeń z Krzyśkiem i zapada decyzja, że nie puszczamy koła :D Po minucie i tak jesteśmy porządnie uwaleni więc nie robi już to nam różnicy. W końcu ciągnik jednak zjechał na parking, podziękowałem mu i dostałem odpowiedź :)
Już prawie Wolin i znowu zakazy dla rowerów. Zjeżdżamy z głównej i robimy fotę tego co wisi gdzieś w pobliżu. Za miastem wskakujemy na trójkę by po chwili znowu zobaczyć znak zakazu. Tym razem olewamy to. Jedziemy cały czas przez lasy, droga jest kompletnie mokra, świec tak ostre słońce, że ledwo coś widać, do tego z mokrego asfaltu wszędzie unosi się para.
Brak błotników i jedziemy w większych odstępach. Ostatecznie udaje się dotrzeć do zjazdu na Międzyzdroje i po kilku kilometrach świętujemy sukces! Plan zakładał założenie koszulki Husarii i fotę w wodzie z rowerami nad głową, ale już mi się nie chciało :) Krzyśkowi mało! Chce atakować Bornholm, rower nad głowę i daje ;) Teraz zostało nam jeszcze znalezienie noclegu... zbliżała się północ, zbliżała się wielka burza (która trwała do rana), a nigdzie nie było miejsc. Krzysiek w niesamowity sposób uratował nas z tej beznadziejnej sytuacji i w końcu po 42 godzinach mogłem położyć się spać. Ale o tym już przy innej okazji ;)
Planowałem start o 00:00 i finisz o 20:00. Byliśmy 10 minut szybciej, liczyłem jednak wolniejszą jazdę, ale krótsze postoje. Jechało się super, a tempo po 400km było większe niż na starcie. Gdyby do celu było jeszcze 100km też byśmy przejechali. Mądra jazda z dobrym rozłożeniem sił i odpoczynkami zaowocowała. Nie było kryzysów, nie było problemów, po prostu połykało się kilometry.
Z ciekawostek mój Garmin w końcu przeszedł test wytrzymałościowy. Już o 18:00 pojawił się komunikat, że bateria jest rozładowana... a trzymała i zliczał wszystko aż do 20! To dłużej niż podaje producent.
O trasie nad morze myślałem zawsze "Płaska", teraz to zrewidowałem, krótkie nawet 5% podjazdy dawały o sobie znać.
Na koniec jeszcze mały bilans żywieniowy:
- 5 bułek z wkładką - 3 pączki - 4 batony - 2 jogurty - około 9 litrów płynów
Na basenie dzisiaj z Ryśkiem także poza częścią treningową była też część towarzyska ;) Próbowałem dawać wskazówki techniczne, ale że mnie techniki nikt nie uczył to nie wiem jak to wyszło.
Lampki na weekend już są, prognozy i kierunek wiatru bardzo dobre, zobaczymy co z tego wyjdzie :)
1000m x rozgrzewka zmiennym 2x50m x delfin 200/100/100m x kraul sprint 200m x klasyk 100m x szkolenie techniczne ;) = 1800m
Od dłuższego czasu obijałem się, a dzisiaj zdecydowałem się zrobić trening jak u szczytu formy :D Już godzinę po nim czułem wszystkie mięśnie, jutro chyba nie wstanę z łóżka.
1000m x rozgrzewka zmiennym 2x50m x delfin 200/100/100m x sprint kraul ręce 100/200m x sprint klasyk 2x100m x sprint kraul 200m x grzbiet 200m x kraul technika = 2400m
Pływając żabką starałem się robić odbicia po nawrotach takie jak na filmach z wyścigów, coś tam nawet wychodziło ;) Na grzbiecie pod koniec próbowałem przepłynąć cały basen pod wodą (ruchami do delfina), ale udało się zrobić max. 20m, za płytką pływałem i za każdym razem za szybko zbliżałem się do powierzchni.
Dobrze przepracowany czerwiec to 4 dni odpoczynku się należały, za to dzisiaj jechało się super.
Tyle rzeczy mam na głowie, że nie było kiedy zrobić małego podsumowania. W połowie czerwca minął rok odkąd zacząłem chodzić na basen. Nie sądziłem, że aż tak mi się spodoba i dojdzie do codziennych treningów :) Do Października chodziłem na 7, do kwietnia na 6, a później to już było różnie, nawet na 9 ;)
Pod koniec motywacja mocno spadła co można zauważyć na wykresach. Może jeszcze wróci na jesień jak roweru będzie mniej.
Suma przepłyniętych metrów w kolejnych tygodniach.
Średnia przepływanych metrów w kolejnych tygodniach.
Suma przepłyniętych metrów w kolejnych miesiącach.
Łącznie przez ten okres czasu byłem 189/365 razy na basenie, a to średnio co drugi dzień z pływaniem. Udało się pokonać dystans wynoszący 386,6km czyli średnio około 2050m/h lub 82 25 metrowe baseny. Najwięcej przepłynąłem w grudniowy dzień kiedy to w 2 godziny zrobiłem 4700m.
Plan zakładał ponad 400km w roku, ale brak motywacji zrobił swoje. Może następnym razem :)
Jeżdżę od lipca 2007. Najczęściej można mnie spotkać w okolicach Wrocławia. Poza szosą dojeżdżam trekingiem do pracy. Trochę informacji:
największy dystans w grupie - 461,7km @ 31,66km/h (nad Bałtyk z Krzyśkiem "chris90accent")
największy dystans w pojedynkę - 260km @ 31.40km/h
największa prędkość - 84,1km/h - gdzieś w Alpach
największa średnia na odcinku 100km - 39.59km/h (Amber Road)
największa średnia na krótkim dystansie - 41.12km @ 40.08km/h
największy miesięczny dystans - 2025km
najwyższe zdobyte drogi:
- Passo di Stelvio 2758m
- Col du l'Iseran 2770m
- Cime de la Bonette 2802m
najtrudniejsze zdobyte szczyty:
- Monte Zoncolan
- Hochtor
- L'Alpe d'Huez
zaliczone kraje na rowerze:
- Polska
- Niemcy
- Austria
- Holandia
- Czechy
- Słowacja
- Włochy
- Szwajcaria
- Francja
- Monaco
- Chorwacja
- San Marino