Powtórka z wczoraj. Tym razem wiał silny wiatr, przez całą drogę boczny lub czołowy. Męczarnia.
Przystanek w Trzebnicy, przejechałem koło ratusza i znalazłem fajną, zieloną górkę gdzie po wniesieniu roweru wylegiwałem się w słońcu z pół godziny :D
Na trasie spotkałem w sumie 4 kolarzy, 1 kolarkę, 1 gościa na MTB, który jechał zadziwiająco szybko :) Oraz Maćka, który ze swoim kolegą akurat wracał z podobnej trasy.
Za radą Maćka pojechałem na Trzebnicę przez Skarszyn, potem na Zawonię, podjazdem za Tarnowiec i do Długołęki. Stamtąd już do domu.
Pogoda super, słońce, ciepło, niebo bezchmurne, wiatr średni - raz w twarz, raz w plecy.
Na podjazdach jakoś ciężko mi szło, ale ostatecznie średni w Długołęce była trochę poniżej 29. Podjazd za Tarnowcem przyjemny, niezbyt stromy. Mógłby być tylko dłuższy :)
Znowu chciałem bez postoju jechać, ale na 69km w Długołęce krzyż zaczął boleć i zatrzymałem się przy krajowej ósemce, na którą miałem wbić.
Po paru minutach ruszyłem. Tutaj miła niespodzianka. Na światłach przede mną stała betoniarka. Ruszyliśmy. Powoli się rozpędzała, najpierw 50, potem 60. Zadziwiająco łatwo. Potem 70, ale zacząłem się martwić bo ciągle jechaliśmy przez miejscowość i coś mogło wyjechać. Za rogatkami kierowca wycisnął z pojazdu ostatnie soki i jechaliśmy 75, momentami 78. Niestety skubany nie chciał przekroczyć 80-tki.
Na przełożeniu 52-11 miałem młynek, ale pod wiadukty dawało radę wjechać. Po 5km, mimo, że betoniarka nie przyśpieszała miałem dosyć i odpuściłem kręcenie. Wycieczka miała być dłuższa jednak wykończony odbiłem na ślimaka, przejechałem nad czteropasmówką i najkrótszą trasą wróciłem do domu.
Może trochę mało uczciwie, ale pierwszy raz zszedłem poniżej 3 godzin na trasie Opole - Wrocław. Prognozy zapowiadały wiatr wiejący prawie dokładnie w stronę, którą jechałem. Miało się zacząć o 13 więc wyjechałem o 13:30. Najpierw 20km na obwodnicy Opola i wiatr boczny lub czołowy, dopiero za Wrzoskami dostałem kopniaka :)
W końcu można było poczuć wiosnę, słońce i wysoka temperatura. Zaraz za Łosiowem drogę zajechała mi ciężarówka, musiałem hamować. Rozpędzała się bardzo wolno i ani się spostrzegłem jechałem ~61km/h bez większego wysiłku. Poholowałem się tak to Brzegu (6km), ludzie w autach jadących za mną byli trochę zdziwieni. Niestety tam droga skręcała w lewo na wiadukt. Dostałem mocny boczny wiatr, a holownik ani myślał zwalniać i odpadłem na podjeździe. Na końcu tylko pomachałem kierowcy :]
Wyjechałem od razu po sporym obiedzie więc nie czułem głodu, ale na wszelki wypadek coś w siebie wepchnąłem w połowie drogi. Wiaterek powiewał i jechało się fajnie aż do Jelcza (80km). Tam siły mnie opuściły i wlokłem się ~31km/h. Tym razem obrałem strategię bez pit stopów. Na 90km jednak krzyż dawał o sobie znać i zastanawiałem się czy nie zjechać gdzieś. Zdecydowałem się dokręcić jeszcze 5km do rogatek Wrocławia.
Wtem w oddali (przed Kamieńcem) moim oczom ukazała się czerwona chusta. Byłem pewien. Adam wybrał się na przejażdżkę. Pogadaliśmy jakieś 35m przy drodze i ruszyłem do domu.
Kawałek dalej jakiś 3 nastolatków wyjeżdżało z bocznej drogi. Zobaczyli mnie i rzucili się w pościg, jednak kręciłem wtedy ~35km/h i słyszałem ich tylko przez krótką chwilę :D
Standardowo ostatnie km toczyłem się bez licznika.
Kilka fotek z dwóch poprzednich dni:
Obwodnica Brzegu z czwartku:
Górka Śmierci, ZWM, w oddali widać Elektrownię Opole:
Przed 10 obwodnicą na Elektrownię Opole, potem kręcenie po mieście i wizyt w rowerowym. Pojechałem też na ZWM zaliczyć Górkę Śmierci, podjazd oczywiście od tej ostrej strony, ciekawy jestem ile ma procent bo całość muszę podjeżdżać na stojąco. Zrobiłem dwie fotki, ale zagram dopiero później. Zrezygnowałem z dalszej jazdy jak zaczęło kropić.
Do tej pory jeździłem do domu pociągiem, ale uznałem, że w końcu pogoda się nadaje na dłuższą jazdę. Trasa: Wrocław - Jelcz - Oława - Brzeg - Opole (całą obwodnicą).
Zachmurzenie 100%, słońce wyszło na niecały km przed domem. Wiatru nie odczuwałem, nic też się nie ruszało więc musiał być bardzo słaby.
Obrałem strategię na jeden pit stop. 54km, stacja benzynowa na obwodnicy Brzegu. Nie miałem ze sobą nic do jedzenia, a nie chciałem paść przed dojechaniem do celu. Na tym etapie nawet dobrze szło, średnia 31km/h. Na 82km było równe 30km/h, ale od 75km zaczął się lekki kryzys, zamiast ciągle pedałować, machałem raz czy dwa i kładłem się na kierownicy tocząc przed siebie :]
Czas wycieczki 13:00 - 16:42.
Ostatnim zwyczajem ściągnąłem licznik 2km przed celem i jechałem ~15km/h (oczywiście tych kmów nie dodaje, czyli wycieczka miała 104km), zasłyszałem, że coś takiego dobrze robi w porównaniu do nagłego zatrzymania się z ostrej jazdy. Na mnie to działa :)
Wieczorem wybrałem się na ściankę, wyszedłem i złapała mnie ogromna ulewa. Miałem przez to większą motywację żeby dojechać do celu i przebrać się w ciuchy do wspinaczki :) Tym razem towarzyszył mi Jacek. Potencjalny kandydat na wspinacza :D
do domu, najpierw po mieście, potem na PKP. Jadąc do Opola zostawiłem słoneczny Wrocław i wjechałem w opolską ulewę. Teraz zostawiłem słoneczne Opole i wjechałem w mokry Wrocław. Mogłem nie myć wcale roweru.
Najpierw śpieszyłem się na pociąg, potem gnałem do domu bo padało. Zabawne to ciągłe przyśpieszenia i stawania choć dość męczące.
Jeżdżę od lipca 2007. Najczęściej można mnie spotkać w okolicach Wrocławia. Poza szosą dojeżdżam trekingiem do pracy. Trochę informacji:
największy dystans w grupie - 461,7km @ 31,66km/h (nad Bałtyk z Krzyśkiem "chris90accent")
największy dystans w pojedynkę - 260km @ 31.40km/h
największa prędkość - 84,1km/h - gdzieś w Alpach
największa średnia na odcinku 100km - 39.59km/h (Amber Road)
największa średnia na krótkim dystansie - 41.12km @ 40.08km/h
największy miesięczny dystans - 2025km
najwyższe zdobyte drogi:
- Passo di Stelvio 2758m
- Col du l'Iseran 2770m
- Cime de la Bonette 2802m
najtrudniejsze zdobyte szczyty:
- Monte Zoncolan
- Hochtor
- L'Alpe d'Huez
zaliczone kraje na rowerze:
- Polska
- Niemcy
- Austria
- Holandia
- Czechy
- Słowacja
- Włochy
- Szwajcaria
- Francja
- Monaco
- Chorwacja
- San Marino